Kocham szansę

DOSTAŁEM SZANSĘ... KOCHAM I BARDZO KOCHAJĄ MNIE, Mittwoch, 10. Januar 2018 - POMOCY!!! Pilny apel o pomoc dla 11 letniego staruszka,który koczuje od półtora ... Niestety nie był wybitnym sportowcem, dlatego by mieć większe szansę postanowił uprawiać sport, który w jego kraju nie był prawie w ogóle znany- skoki narciarskie. Jako, że nie miał za dużej konkurencji dopiął swego. Mimo, że ustanawiał 'anty rekordy' skoczni, a jego styl latania pozostawiał wiele do życzenia, to stał się ... Fundacja Koocham ul. Książkowa 52J 03-134 Warszawa Polska Krajowy Rejestr Sądowy - nr KRS: 0000461008 Główny Urząd Statystyczny - nr REGON: 146669336 Czy dać szansę temu chłopakowi, pomimo, że go nie kocham? W skrócie to kiedyś byłam zakochana w pewnym chłopaku.. I pisałam z nim na fb itp. Rok 1981 na polskim wybrzeżu. Licealista Janek gra z przyjaciółmi w kapeli punkowej pod nazwą W C K, czyli Wszystko Co Kocham. Zespół dostaje szansę zaprezentowania się szerokiej publiczności na koszalińskim festiwalu Nowa Fala Rocka. Sukces pozwala chłopakom uwierzyć w siebie. Lider zespołu, Janek, zakochuje się w Basi, koleżance ze szkoły. Udało się. Zarówno mama jak i piątka dzieciaków są już w pełni zdrowe. Brat i trzy siostry Maszy rozrabiają już we własnych Domkach i są radosnymi promyczkami własnych Rodzin, a Masza nadal czeka na swoją szansę. Nasza pieszczoszka ma obecnie 10 tygodni. Docelowo będzie średnim pieskiem. Przebywa w Pionkach koło Radomia. Małgorzata Pawlusiewicz jest autork1 podręczników do nauki języka polskiego dla szkó3 polonijnych / klasy I - VI/. Informacje o podręcznikach, autorce oraz linki do innych, ciekawych stron można znaleźć na stronie internetowej Małgorzaty Pawlusiewicz. Małgorzata Pawlusiewicz is an author specializing in Polish textbooks for grades 1 - 6. Wszyscy razem dostaną szansę wejścia na podium? Być w pierwszej trójce w kraju, czy to jest możliwe?! Owszem, jak najbardziej! Przy pomocy internetu wydarzenia konkursowe i nie tylko mogą zmienić oblicze systemu nauczania, dając większej liczbie uczniów poczucie wspólnoty i radości z realizacji określonych zadań edukacyjnych. Tak ... Witam. Czy możemy kochać kogoś serdecznie?Takie połączenie rzeczownika z przymiotnikiem występuję w pewnej pieśni religijnej. Moim zdaniem, kogoś możemy obdarzać serdecznym uczuciem, ale kochać możemy bardzo, namiętnie, bez opamiętania, bezwarunkowo.Jedyne, co przychodzi mi do głowy, a co takie połączenie mogłoby uprawomocnić, to serdecznie w znaczeniu 'otwarcie'. Odp: Bardzo kocham żonę, czy mam jakieś szansę? Wojtek, takie odnowienie zaręczyn, pierścionek - jakie proponuje teściowa to już musisz sam wiedzieć, nie znam twojej żony, ale jej mama być może dlatego sugerowała ci rozwiązanie bo ją po prostu dobrze zna. Masz dobrą teściową.

Czego chce Bóg od mojej żony, czyli psychoterapia na parafii

2018.04.19 08:19 SoleWanderer Czego chce Bóg od mojej żony, czyli psychoterapia na parafii

http://wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,23263693,wspolnota-sychar-czego-chce-bog-od-mojej-zony-czyli.html
Psychoterapeutka z katolickiej Wspólnoty Trudnych Małżeństw "Sychar" kazała Marcie odizolować się od męża, matki i dzieci. Jest ich trzech. Mieszkają w Lublinie. Są w podobnym wieku. Małżeństwa również mają podobne. Co miesiąc spotykają się w knajpie i żalą się na swoje żony.
Paweł: – Oświadczyła, że od tej pory każdy wytrysk będzie się kończył w pochwie, bo tak chce Bóg.
Wiktor: – U nas nawalił kalendarzyk małżeński. Ale teraz jestem przekonany, że to ona przy nim majstrowała.
Adam: – A my ze sobą nie śpimy. Myślę nieraz wieczorem, że jeżeli choć przez sekundę będzie dla mnie miła, to przyjdę do sypialni. Od dwóch lat nie przychodzę.
Paweł: – Nasze żony należą do Sychar.
Adam: – Moja w sobotę wróciła ze spotkania po 21.30.
Wiktor: – Tak, o 21.54 wysłałeś mi SMS-a, że dopiero wróciła.
Referat Wspólnota Trudnych Małżeństw „Sychar” to ruch katolicki, który powstał u księży pallotynów w Warszawie w 2003 roku. Dziś spotkania odbywają się przy kilkudziesięciu parafiach w całym kraju. Przychodzą kobiety, rzadziej mężczyźni. Wszyscy uważają, że ich małżeństwo przeżywa trudności bądź już się rozpadło. W Lublinie spotykają się przy kościele na obrzeżach miasta.
Przyszło 15 osób. Składamy ręce do modlitwy. Po modlitwie siadamy przy stole, przed nami ciastka, herbata, kawa. Liderka grupy Dagmara rozpoczyna godzinę świadectw. Kto chce, może opowiedzieć o swoim małżeństwie.
Dla Iwony życie stało się piekłem, bo mąż wpada w furię, kiedy widzi, że ona się modli.
Dla Elizy rozwód jest bolesną raną, mimo że rozstała się z mężem dziesięć lat temu. Do tego dorastający syn zagroził jej teraz, że wyprowadzi się do ojca.
Dla Rafała (sześć lat po rozwodzie) niezrozumiałe jest, że żona znowu zmieniła partnera. Martwi się o jej zbawienie.
– Dziękuję za świadectwa. Poproszę teraz Anię o wygłoszenie referatu – mówi liderka Dagmara.
Ania ma referat o sakramencie pokuty. Zachęca, by nie rezygnować z książeczki do Pierwszej Komunii Świętej, gdzie jest dobrze poprowadzony rachunek sumienia. Zachęca również do częstej spowiedzi, przynajmniej raz w miesiącu, bo według badań czyści jesteśmy do siódmego dnia po spowiedzi.
– Czy macie jakieś przemyślenia dotyczące referatu? – pyta Dagmara.
Irena ma przemyślenie. Uważa, że Kościół błądzi, organizując duszpasterstwo dla osób w związkach niesakramentalnych Przykład idzie z niemieckiego Kościoła i niepotrzebnie ulega mu polski Kościół. Niejasny w tej kwestii jest papież Franciszek, za którego trzeba się modlić.
Barbara również ma przemyślenie. Mówi, że trzeba się modlić za spowiedników, bo bywa, że nie mają racji. Jej kazał dać wolność mężowi, który rozwiódł się z nią sześć lat temu. Ale ona nie może dać mu wolności, skoro ślubowała przed Bogiem, że nie opuści go aż do śmierci. Dlatego dzwoni do niego, wysyła SMS-y, choć on jest w nowym związku.
Ale Sychar zna historie, gdy kościelni małżonkowie porzucają nowe związki i wracają do siebie po latach. Na stronie internetowej wspólnoty czytam list Anny, która wróciła do męża: „Przez 13 lat żyłam w związku niesakramentalnym, w którym urodziło się troje dzieci: Ola (13 lat), Emilia (8 lat), Leon (6 lat). Moje nawrócenie zaowocowało poczuciem nieustannej opieki Boga i Jego prowadzenia. Po dwóch latach od mojego rozstania z ojcem dzieci mogę powiedzieć, że wszystkie trudności, których obawiałam się w związku z dziećmi, właściwie nie pojawiły się. (…) Odkąd jestem z mężem sakramentalnym, najstarsza córka uspokoiła się, jest dużo weselszym i bardziej otwartym dzieckiem. (…) Obawiałam się, że dzieci będą mnie winić za oddalenie od taty, ponieważ to ja zadecydowałam o odejściu od partnera”.
Kalendarzyk Dla Pawła comiesięczne spotkania w knajpie z Adamem i Wiktorem są jak terapia. Lubi się wygadać. Ma 36 lat, jest barczysty, silny. Ale kiedy mówi kolegom o żonie, ma łzy w oczach.
Mogłoby się wydawać, że Paweł osiągnął spełnienie. Poślubił cudowną kobietę, urodziły się dzieci, prowadzi firmę, stać go na wyjazd z rodziną do spa i jeszcze na zabranie teściowej, by wieczorami zajmowała się wnukami. Jego żona Marta dba o siebie. Chodzi nawet na siłownię. Jest towarzyska. Nie pracuje. I tak ma co robić w domu z dwójką dzieci. Ale to zawężenie wywołało u niej znudzenie. Odmiany szuka w Kościele. Zaczyna od Odnowy w Duchu Świętym.
– Ani przed, ani po ślubie nie chodziliśmy co niedzielę do kościoła. A tu nagle żona wychodzi w tygodniu na spotkania modlitewne. Zdziwiło mnie to, ale nie przeszkadzało. Nie przeszkadzało mi również, gdy wprowadziła modlitwę przed snem. Siedzieliśmy na łóżku, otwierała Pismo Święte i kazała mi czytać na głos słowo Pana.
Ale Marcie przeszkadza, że Paweł w sobotę wypija dwa piwa. Kłócą się o to – on podnosi głos, ona wzywa policję. Mówi mu: „Teraz wypijasz dwa, później będziesz pił dziesięć. To grzech zniewolenia!”. Przeszkadza jej także, że nie chodzi z nią na Odnowę w Duchu Świętym. Skarży się nowym przyjaciółkom. Doradzają, że skoro ma takie problemy, to powinna pójść do Sychar.
Po kilku tygodniach w Sychar Marta wciąż nie pozwala Pawłowi pić piwa i wymaga pacierza wieczornego. A pigułki antykoncepcyjne zastępuje kalendarzykiem małżeńskim.
– Nie poinformowała mnie, że przerzuciła się na kalendarzyk. Źle go prowadziła i zaszła w trzecią ciążę. Tłumaczyła, że Bóg chce, żeby rodziła więcej dzieci. Ale ja nie chciałem.
Izolowanie Marta stawia w Sychar 12 kroków.
– 12 kroków to program terapeutyczny używany w pracy z alkoholikami. Ale i w kryzysach małżeńskich – mówi Paweł.
Marta co tydzień w kilkuosobowej grupie skarży się na problemy rodzinne i słabą wiarę męża. Prowadząca grupę 12 kroków psychoterapeutka Beata T. proponuje jej dodatkową terapię w swoim gabinecie.
– Żona poprosiła, bym z nią poszedł. Poszedłem. Psychoterapeutka zapraszała mnie także na warsztaty 12 kroków. Nawet dostałem od niej przepisany ręcznie psalm i książkę „Czym miłość nie jest”. Na warsztaty się nie zgodziłem, na terapię w jej gabinecie – owszem. Nie wytrzymałem, kiedy zaczęła wiercić w moim dzieciństwie. Powiedziała, że powinienem się odciąć od rodziców, bo zrobili mi krzywdę. A krzywdą było to, że ojciec wyjechał na dwa lata do pracy w ZSRR, zaś mama czasami zostawiała mnie u babci pod Lublinem, bo sama też harowała. Psychoterapeutka wparła mi, że rodzice mnie opuścili. Nie dawało mi to spokoju, pojechałem do nich: „Słuchajcie, jak to było, kiedy miałem sześć lat?”. Biedni rodzice musieli mi się tłumaczyć, dlaczego tak harowali. Przestałem chodzić do Beaty T. Żona nie przestała. Psychoterapeutka zasugerowała jej, żeby mnie odizolowała.
Odnowa Paweł wraca z pracy. W przedpokoju zastaje walizki, żonę i zmieszane dzieci. Spodziewał się, że pewnego dnia Marta go spakuje, bo pisała mu o tym w listach, ale nie spodziewał się, że tak szybko. Pisała też, że wszystkie ich kłopoty biorą się stąd, że Paweł nie chce się poddać działaniu Boga. Tym poddaniem miały być między innymi regularne wizyty u psychoterapeutki Beaty.
Paweł siedzi wieczorami w wynajętym mieszkaniu i zastanawia się, jak dorównać rozmodlonej żonie Czy wystarczy, jeśli pójdzie w wakacje na pielgrzymkę do Częstochowy?
Czy wystarczy, jeśli codziennie będzie czytał synom Biblię?
Czy wystarczy, jeśli co drugi dzień będzie chodził na mszę?
Czy będzie dojrzalszym katolikiem, jeśli zapisze się do męskiej róży różańcowej?
Dlaczego nie wystarczy tylko to, że tak bardzo kocha żonę?
Zapisuje się do Odnowy w Duchu Świętym. Ale nie podoba mu się wspólna modlitwa, podczas której niektórzy padają na podłogę pod ciężarem zstępującego Ducha Świętego albo w przypływie bożej mocy mówią w dziwnym języku. Przestaje tam chodzić. Marta na to: „Jak ja mogę ci zaufać, skoro znowu zawiodłeś Boga?”. Więc Paweł nadal wynajmuje mieszkanie i zastanawia się, czy kiedykolwiek wystarczająco uwierzy, przez co spodoba się żonie.
Paweł: – Żona mówi mi, że zdaje sobie sprawę, że stawia mnie w trudnej sytuacji. Ale dzięki temu po śmierci staniemy jako jedno przed Bogiem. Jednak mnie bardziej interesuje to, co tu i teraz. Bo tu i teraz moi synowie tęsknią za mną. Zawożę ich do szkoły i odbieram, a później znikam. Jak opiekunka do dzieci.
Matka Grażyna, matka Marty, pracowała w biznesie i pewnie dlatego jest konkretna. Tak konkretna, że zadzwoniła do psychoterapeutki i zapytała, jak przebiega terapia. – Pani Beata odpowiedziała, że nie może mi udzielać takich informacji. Powiedziałam więc, żeby mi nic nie mówiła, za to ja jej powiem, jak wygląda sytuacja. Kiedy skończyłam, doradziła, bym odizolowała się od córki. Oczywiście, że jej nie posłuchałam.
Z moją Martą było coraz gorzej. Im częściej chodziła na terapię, tym więcej mówiła o boskim planie i konieczności separacji z Pawłem. Znowu skontaktowałam się z panią Beatą. Tym razem napisałam SMS-a, że jeśli w mojej rodzinie dojdzie do tragedii, to pociągnę ją do odpowiedzialności. Szybko oddzwoniła. Najpierw zapytałam ją, czy bierze odpowiedzialność za moją córkę, która jest teraz na lekach antydepresyjnych i zostaje sama z trójką dzieci, bo ona kazała jej odizolować męża. Odpowiedziała, że nie każe, tylko sugeruje. Wygarnęłam jej, że nabija sobie kasę warsztatami 12 kroków. Tłumaczyła mi, że warsztaty są za darmo, jest tylko dobrowolna ofiara 20 złotych. Na to ja: „Pani wyławia na warsztatach ludzi do swojego prywatnego gabinetu. Bulą 100 złotych za 50 minut spotkania”. Zapytałam jeszcze, czy wie, że jeżeli pacjent nie dokonuje samodzielnych wyborów, tylko uzależnia się od psychoterapeuty, to powinien zostać przekierowany do kogoś innego. Po tym dopiero obiecała, że skończy terapię Marty.
Na koniec zapytała, czy może pokazać córce SMS-a ode mnie. Na to już nie wytrzymałam i podniosłam głos: „Czy pani do końca zwariowała?!”. Grażyna po tej rozmowie idzie do proboszcza parafii, który udostępnia salkę dla 12 kroków. Proboszcz jest zdziwiony, bo myślał, że tam są spotkania modlitewne Sychar, a nie warsztaty terapeutyczne. Napisała też maila do kurii lubelskiej. Sekretarka odpisała, że mail „poszedł dalej”, i na tym kontakt z kurią się urwał.
– Córka nawraca nie tylko zięcia, ale i całą rodzinę. Mnie szantażuje, że pójdę do piekła, jeśli nie przebaczę jej ojcu, z którym rozwiodłam się lata temu. Jest alkoholikiem, pije wszystko, co znajdzie. Nie mamy kontaktu, a córka wymaga, żebym się nim teraz zajęła. Nawraca też starszą siostrę, krytykuje ją, że jest letnim katolikiem. Ściągnęła do Sychar rozwiedzioną koleżankę. Jadą w weekend na rekolekcje do Motycza pod Lublinem. Mówię jej: „Zróbże Pawłowi słoiki z zupą dla dzieci, nie będzie cię cały weekend”. A ona: „To pójdą do garmażerki”. Nie dziwi mnie, że nie ma czasu zrobić jedzenia, skoro całymi dniami kontempluje. Przychodzę do mieszkania, dzieci w przedszkolu, najmłodsze śpi, okna zasłonięte, palą się świeczki, na stole leży Biblia, ona kontempluje Słowo Boże. Mówi, że chce zostać misjonarką, bo taki jest boski plan. I co, zostawi dzieci? Nie mam pojęcia, jaki Bóg w niej siedzi.
Paweł: – Raz chce być misjonarką, innym razem matką. Mówię: „Dobrze, ja wracam do mieszkania, przejmuję opiekę nad dziećmi, a ty jedź w świat na misje”. Nie wiem, gdzie miałaby pojechać, bo nie mówi konkretnie. Chyba chciałaby kiedyś prowadzić warsztaty 12 kroków. Raz się zgodziła, abym przejął opiekę nad dziećmi. Ale kiedy przyniosłem papiery do podpisania, rozpłakała się i nie podpisała. Powiedziała, że psychoterapeutka Beata każe jej oddać dzieci.
Rekolekcje Do Motycza pod Lublinem przyjechali porzuceni, w separacji, rozwiedzeni. Zakwaterowanie jest w Centrum Dobrego Wychowania fundacji Szczęśliwe Dzieciństwo. Wcześniej na stronie internetowej Sychar pojawiła się informacja: „Ponieważ rekolekcje cieszą się dużym zainteresowaniem, a liczba miejsc jest ograniczona (50 osób), chcemy dać szansę na udział w nich przede wszystkim osobom dorosłym. Dlatego nie przyjmujemy zgłoszeń osób z dziećmi (mimo takiej opcji w formularzu zgłoszeniowym)”.
Paweł: – Teściowa została z dziećmi, ja pojechałem tam w niedzielę na godzinę świadectw. Powiedziałem, że jeśli Bóg wyrzuca z domu męża i ojca małych dzieci, to ja nie wierzę w takiego Boga. Wtedy żona z płaczem wykrztusiła, że nie wiedziała, że aż tak ją kocham. Jednak dwa dni później wszystko wróciło do normy i żona uważa, że jestem wielkim manipulatorem.
Mam jej książkę z ćwiczeniami z 12 kroków. Przerażają mnie zapiski: „Walczę o nawrócenie męża”, „Trzeba wszystko zburzyć, by on się nawrócił”. Boję się, że żona zrobi krzywdę sobie i dzieciom. W tych ćwiczeniach jest pytanie: czy jesteś w stanie wszystko oddać Bogu? A ja mam pytanie: czy Sychar to na pewno boski plan?
Sieci Opis kilku spotkań na stronie internetowej lubelskiej Sychar:
„Po krótkiej modlitwie, przypomnieniu charyzmatu Wspólnoty oraz kręgu świadectw Iwonka przedstawiła temat Z uśmiechem ci do twarzy opierając się na słowach zaczerpniętych od świętych-uśmiechniętych”.
„Nikt nowy się nie pojawił (...), w spotkaniu wzięło udział tylko 6 osób: Anetka, Kasia, Bożenka, Ania, Krzysztof i Sławek. Było bardzo kameralnie. Ania przeczytała świadectwo porzuconej żony (…). Świadectwo sprowokowało nas do dyskusji na temat działań Boga w naszym życiu. Oficjalne spotkanie zakończyliśmy modlitwą i… poszliśmy wspólnie do lodziarni na deptak”.
„Po krótkiej modlitwie, przedstawieniu charyzmatu Wspólnoty oraz wysłuchaniu pięknych i poruszających świadectw Małgosia przedstawiła temat: Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi” w oparciu o Ewangelię św. Mateusza (Mt 4, 18-22). Rozmawialiśmy m.in. o tym (…), czy zarzucamy sieci w naszych małżeństwach i rodzinach, czy mamy cierpliwość do naprawiania sieci i cierpliwość do osób zanurzonych w głębinach, pogubionych”.
„W Sanktuarium Matki Bożej Kodeńskiej w Kodniu miały miejsce X Rekolekcje (…). Po śniadaniu i kawusi byliśmy gotowi na przyjęcie pierwszej dawki strawy duchowej. (…) Składamy z serca płynące podziękowania (…) psycholog Beatce za interesujący wykład i długie godziny spędzone na rozmowach z potrzebującymi”.
Słowo Dzwonię do żony Pawła Marty. Zgadza się na spotkanie i rozmowę, ale następnego dnia odmawia. Wysyła SMS-a: „Proszę mi powiedzieć, jakie są pana wartości w życiu? Co jest dla pana najważniejsze?”. Odpisuję: „Myślę, że to rozmowy nie na SMS-y”. Znowu Marta: „Jedno słowo. Po tym będę wiedziała, czy pan zrozumie, co będę mówić i czy w ogóle jest sens”. Ja: „Żyć tak, by się później nie wstydzić”. Marta: „Nie zrozumiemy się”. Może liczyła, że napiszę „Bóg”?
Dzwonię do psychoterapeutki Beaty T. Nie odbiera. Wysyłam SMS-a. Nie odpisuje. W latach 2002-14 była adiunktem w Instytucie Psychologii UMCS w Lublinie. Prowadzi prywatnie terapię indywidualną i małżeńską. Na stronie internetowej swojego gabinetu pokazuje dyplom doktora obroniony w 2002 roku na Wydziale Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu Marii Curie Skłodowskiej w Lublinie. Tytuł pracy doktorskiej: „Poziom postawy twórczej w okresie adolescencji a percepcja ekspresji emocjonalnej w muzyce”. Chwali się także licencjatem psychoterapeuty zrobionym w 1999 roku w Collegium Psychotherapeuticum w Lublinie (jest mało znane w środowisku psychoterapeutów i prawdopodobnie już nie istnieje).
Aby sprawdzić metody doktor Beaty T., umawiam się na wizytę jako mąż niezrozumiany przez żonę. Wysyłam SMS-a, od razu odpisuje. Podaje termin i cennik – 100 złotych za 50 minut.
Gabinet jest na nowym osiedlu w Lublinie. Beata T. zaprasza do salonu. Udaję męża, który chce wychować po katolicku dzieci, sprzeciwia się temu żona. Psychoterapeutka radzi mi, abym uczył dzieci modlitwy pod nieobecność żony, na przykład, gdy jest w pracy lub na zakupach.
Dopuszcza, że jedną z metod naprawy naszego związku może być moja lub jej wyprowadzka. Spotkanie ma charakter zapoznawczy. Zaprasza mnie na następne, podczas którego będziemy się zastanawiać, jak uzdrowić relacje z małżonką i wychowywać po katolicku dzieci. Znów dzwonię do Beaty T., aby porozmawiać z nią, już jako dziennikarz, o jej metodach terapii i przyznać się do prowokacji. Nie odbiera. Piszę jej o tym wszystkim w SMS-ie i w mailu. Nie odpisuje.
O komentarz do sprawy proszę kurię diecezjalną. Odpisuje ks. Adam Jaszcz: „W ciągu całej historii Sychar w archidiecezji lubelskiej przyjęliśmy w związku z działalnością tej wspólnoty jedną skargę: od męża i matki dorosłej kobiety, która podjęła terapię wbrew innym członkom rodziny. Według tych osób problemy domowe spowodowała terapia. Z jakiegoś jednak powodu kobieta szukała pomocy u psychologa i były to właśnie kłopoty małżeńskie. W takich sytuacjach niezwykle rzadko wina leży po jednej stronie. Kuria zwróciła się jednak z prośbą o wyjaśnienia do asystenta wspólnoty Sychar w archidiecezji lubelskiej, który w imieniu arcybiskupa sprawuje pieczę nad wspólnotą. Jest to ksiądz pracujący w Katedrze Psychologii Klinicznej KUL, więc posiada wszelkie potrzebne kompetencje do oceny sytuacji. Wyjaśnienia uznajemy za wystarczające”. O te same wyjaśnienia chcę spytać asystenta lubelskiego Sychar księdza Pawła Brudka. Nie zgadza się na rozmowę. Pytania mam kierować do ogólnopolskiego rzecznika Sychar. Ale przecież to lubelski asystent może coś wiedzieć o problemach Pawła i Marty i pracy psychoterapeutki Beaty T.
Piekło Paweł, Wiktor i Adam cenią sobie te comiesięczne spotkania w knajpie. Mogą się wygadać. Liczą, że dołączy do nich więcej mężów.
Adam: – To, co słyszę od Pawła i Wiktora, to jeden schemat, jeden nauczyciel.
Wiktor: – Mamy dwoje dzieci. Prawie 20-letni staż małżeński. Oboje mamy mocne charaktery. Ale się dogadywaliśmy. Póki nie poszła do Sychar. Nie poznaję jej. Pozbyła się niewierzących koleżanek, nawet tych, z którymi przyjaźniła się od liceum. Mnie zarzuca, że jestem bezbożnikiem. Krzyczała do mojej mamy, że mnie zniszczy, bo nie żyję w łasce uświęcającej.
Zabroniła mi odwiedzać rodziców, bo Bóg powiedział: „Opuści człowiek matkę swoją i ojca swego”. Ale ma pretensje, gdy nie jadę do jej rodziców. Kłamstwo przychodzi jej łatwo. Mówi, że jedzie do lekarza, a chwilę później widzę ją w kawiarni z koleżankami ze wspólnoty. Mówi, że jedzie do koleżanki, a chwilę później widzę, jak się włóczy po mieście z kolegą ze wspólnoty.
We wspólnocie jest starsza kobieta, która uczy prowadzić kalendarzyk małżeński. Żona zaszła w ciążę, nie informując mnie, że przestała brać środki antykoncepcyjne. Teraz urodziła dziecko, więc nie chodzi na Sychar. Dzięki temu wróciła moja dawna małżonka.
Paweł: – Patrzę dziś na Kościół jako na instytucję, która odebrała mi Martę. Przecież nie muszę być nawet wierzący by być jej kochającym mężem. Znam szczęśliwe mieszane małżeństwa – on jest ateistą, ona praktykującą katoliczką; ona jest muzułmanką, on jest katolikiem.
Adam: – Zawsze uważałem, że rodzinne problemy trzeba rozwiązywać w domu. Ale to mnie przerosło. Żona oskarża mnie, że mam romans z koleżanką z pracy, że wyprowadzam pieniądze z domu, że oglądam pornografię. Piekło zaczęło się, gdy poszła do Sychar. Te osoby nawzajem się nakręcają, rysują wizję idealnego męża czy idealnej żony. A kiedy nie mieszczą się w tej katolickiej idealności, w domu zaczyna się piekło.
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2017.12.18 23:49 ben13022 Jak nie zostaje się gwiazdą piłki. O Adrianie Doherty który mógł być drugim Giggsem.

Adrian Doherty mógł być drugim Giggsem lub Messim. Talent i determinacja jednak nie wystarczyły. Dziś nikt o nim nie pamięta. Zrobić karierę w piłce nożnej nie jest wcale łatwo. W Anglii udaje się to jednemu chłopakowi na 8 tys. poświęcających młodość na treningi. Kiedy 8 października 2016 r. w 40. minucie meczu eliminacji do mistrzostw świata w Rosji Arkadiusz Milik odniósł kontuzję w starciu z Duńczykiem Jannikiem Vestergaardem, było jasne, że czeka go trudna rehabilitacja i długa walka o powrót do formy. Milik rozgrywał właśnie niezły mecz w barwach reprezentacji, a co ważne, świetnie przyjął się w nowym klubie. Po niezbyt dla niego udanych mistrzostwach Europy, gdzie mimo jednej strzelonej bramki daleko mu było do roli jednego z liderów kadry, jaką odgrywał w trakcie eliminacji, przeniósł się z Ajaksu Amsterdam do SSC Napoli za 35 mln euro.
Transfer robił wrażenie nie tylko kwotą, ale i skalą wyzwania, Milik miał bowiem zastąpić króla strzelców Serie A, Argentyńczyka Gonzalo Higuaina, który zamienił Neapol na Turyn. Wychowanek Rozwoju Katowice z miejsca zaczął zdobywać bramki. Tuż przed kontuzją był najbardziej wydajnym napastnikiem w Europie: gola strzelał co 53 minuty, częściej niż Messi. Zerwane więzadło w lewym kolanie oznaczało przynajmniej kilka miesięcy przerwy.
Dwa dni po spotkaniu z Danią napastnik przeszedł operację w Rzymie. Wydawało się, że ma z głowy większą część sezonu, jednak już w styczniu wrócił do treningów, a na początku lutego znalazł się po raz pierwszy w kadrze meczowej Napoli. Drugą połowę sezonu miał wprawdzie dużo gorszą od pierwszych miesięcy, ale letnie sparingi, w których regularnie strzela, wskazują, że w zaczynającym się niebawem sezonie powinien stanowić o sile klubu i reprezentacji.
25 lat wcześniej podobnej kontuzji doznał Adrian Doherty. 23 lutego 1991 r. w meczu rezerw Manchesteru United i Carlisle United 17-latek z Irlandii Północnej uszkodził więzadło krzyżowe w prawym kolanie. Gdyby nie uraz, najpewniej już 2 marca debiutowałby w przetrzebionej kontuzjami pierwszej drużynie w meczu z Evertonem wraz z Ryanem Giggsem i synem Alexa Fergusona, Darrenem. Nazwisko Doherty'ego nic dziś czytelnikom nie powie. Inaczej niż nazwiska jego rówieśników i chłopców o rok młodszych, którzy są dziś znani jako „Class of '92", najsłynniejsza grupa wychowanków w historii Czerwonych Diabłów. Zalicza się do niej wspomnianego Giggsa, Paula Scholesa, braci Phila i Gary'ego Neville'ów, Davida Beckhama i Nicky'ego Butta. Cała szóstka osiągnęła w futbolu klubowym właściwie wszystko, co możliwe. Ale to właśnie Doherty'emu pisano największą karierę. Porównywano go –jak każdego ponadprzeciętnie utalentowanego chłopaka z Ulsteru – z George'em Bestem. Dla wielu był jak Andriej Kanczelskis, Cristiano Ronaldo i Ryan Giggs w jednym. Ten ostatni przyznawał zresztą, że to Adrian miał prawdopodobnie większy talent.
Gary Neville, wspominając jeden z meczów juniorów United, do których miał niebawem dołączyć, stwierdził, że nigdy czegoś podobnego nie widział. „Trzeba uważać, gdy robi się tego rodzaju porównania, ale z piłką przy nodze zachowywał się jak Messi. Doc (przydomek Doherty'ego – red.) byłby jak Messi albo David Silva. Był nieziemski".
Trudno oczywiście wróżyć, jak potoczyłaby się kariera Doherty'ego, ale nawet jeśli traktować powyższe porównania z dużym dystansem, musi być w nich ziarno prawdy – padają z ust wszystkich, których na potrzeby znakomitej biografii „Forever Young: The Story of Adrian Doherty, Football's Lost Genius" („Wiecznie młody. Historia Adriana Doherty'ego, straconego piłkarskiego geniusza") przepytał Oliver Kay. Zresztą najlepszym dowodem na wyjątkowy talent pochodzącego ze Strabane (położonego niedaleko Derry) chłopaka jest to, że właśnie on jako pierwszy z Class '92 podpisał zawodowy kontrakt. Choć Alex Ferguson proponował mu umowę na pięć lat, Doherty odmówił, wywołując konsternację szkockiego menedżera. Najpierw zasugerował, że lepsza byłaby umowa na rok, ostatecznie zgodził się na trzy. Od zawsze chadzał własnymi ścieżkami. Nie był pewien, czy jako 21-latek będzie jeszcze chciał grać w piłkę. Z drugiej jednak strony mówił ojcu, że w tym wieku będzie najlepszy na świecie.
Możliwe, że tak by się stało, gdyby nie to, że na początku lat 90. zerwanie więzadła było niemal jak wyrok, szczególnie dla nastolatka. W 2016 r. Milik potrzebował trzech miesięcy rehabilitacji, a do gry wrócił po czterech miesiącach. Ćwierć wieku wcześniej Doherty stracił dwa lata, w dodatku te najważniejsze w piłkarskiej karierze, bo to właśnie między 17. a 19. rokiem życia, gdy następuje przejście z piłki juniorskiej do seniorskiej, zwykle rozstrzyga się przyszłość młodych zawodników.
Dlaczego tak się stało? Trudno powiedzieć, czy to kwestia błędnej diagnozy czy tylko pecha. Więzadła krzyżowego nie zoperowano, czekano aż kolano dojdzie do siebie. Po kilku miesiącach Adrian wrócił do treningów. Ból dawał o sobie znać, ale zdawało się, że wszystko zmierza w dobrym kierunku. W październiku Doherty wznowił treningi. Powrót na boisko okazał się jednak początkiem końca. W meczu z Marine Youth 7 grudnia 1991 r. nadwerężone więzadło uległo zerwaniu. Dopiero niespełna rok po pierwotnej kontuzji, dokładnie 17 lutego 1992 r., Doherty przeszedł operację. Dziś to zabieg niemal rutynowy. Wiąże się z długą przerwą, ale gwarantuje powrót do zdrowia.
W przypadku młodego juniora Manchesteru operacja „nie zakończyła się powodzeniem", jak ujął to Jim McGregor, były fizjoterapeuta United. Doherty nigdy nie odzyskał pełni sprawności. Kiedy w 1993 r. wrócił do gry, Czerwone Diabły były na fali. Klub miał właśnie zdobyć pierwszy tytuł mistrzowski od 1967 r., a juniorzy z Beckhamem, Buttem, Scholesem i Garym Neville'em w składzie sięgali po młodzieżowy Puchar Anglii. Doherty nie mógł się odnaleźć w nowym otoczeniu, nie przypominał zresztą szesnastolatka z niesamowitym startem do piłki, który przeciwników mijał jak tyczki. W czerwcu dobiegał końca jego kontrakt. Alex Ferguson nie był zainteresowany przedłużeniem umowy. Mimo kilku niezłych występów pod koniec sezonu, najbardziej utalentowany do niedawna junior nie rokował większych nadziei. I jak tysiące innych chłopców, nie dostał drugiej szansy.
To, co dla większości nastolatków jest końcem świata, dla Doherty'ego było początkiem nowego, spokojniejszego życia. Wprawdzie po zwolnieniu z Manchesteru Adrian próbował jeszcze sił w piłce, strzelił nawet gola dla Derry City (jedynego w seniorskiej karierze!) po pięknym rajdzie prawą stroną, lecz po miesiącu gry uznał, że wielki futbol się dla niego skończył. Pewnie bez trudu znalazłby zatrudnienie w lepszej lidze niż irlandzka, być może z czasem przebiłby się nawet do któregoś z klubów Premier League, a potem reprezentacji Irlandii Północnej (choć jako katolik nie czuł się najlepiej w kadrze młodzieżowej, w której przeważali protestanci z Belfastu). Postanowił jednak zatrudnić się w fabryce czekoladek w Preston.
Mogłoby się wydawać, że opuścił rodzinne Strabane, by nie słyszeć na ulicach, że to „ten, któremu nie wyszło w United", że porzucił piłkę, by nie zmagać się z łatką niespełnionego talentu. To tylko część prawdy. Futbol dla Doherty'ego nigdy nie był całym światem. Owszem, poświęcał mu się bardzo, przed przenosinami do Manchesteru trenował z zapałem, szybkość wypracował sam – nie była w jego przypadku cechą wyłącznie wrodzoną. Ale za pierwsze odłożone w Manchesterze pieniądze kupił gitarę i maszynę do pisania, a nie jak jego rówieśnicy – krzykliwe ciuchy. Na treningi jeździł rowerem, podczas gdy koledzy z juniorskiej drużyny czekali tylko, aż w końcu kupią pierwszy samochód. Im droższy, tym lepiej. Doherty rzadko też zaglądał do modnych klubów, wolał spędzać czas w knajpkach, w których różni młodzi wykonawcy prezentowali swoje utwory. Słuchał Boba Dylana, zdarzało się, że szedł z gitarą do miasta, by śpiewać „Like a Rolling Stone" czy „All Along The Watchtower". Nie dla pieniędzy, nigdy mu na nich nie zależało, poza tym i tak dostawał wysoką jak na nastolatka tygodniówkę. Dla przyjemności – muzykę i literaturę kochał w równym stopniu co piłkę.
W United Doherty uchodził za dziwaka, choć warto dodać, że dziwaka bardzo lubianego. 16-letni Ryan Giggs nie miał pojęcia, kto to taki ten cały Dylan. Juniorzy interesowali się tym, czym zwykle interesują się chłopcy w ich wieku – piłką i dziewczynami. Adrian czytał rosyjskich i francuskich klasyków, pisał piosenki i wiersze, a na początku kariery w Manchesterze wziął się do, ostatecznie nieukończonej, powiastki filozoficznej „Przygody Humphreya i Bodegarda", która w zachowanych fragmentach przypomina nieco – zachowując wszelkie proporcje – skrzyżowanie Wolterowskiego „Kandyda" z „Bouvardem i Pecuchetem" Flauberta. Piosenki i wiersze Doherty'ego zwiastują niewątpliwy talent: są błyskotliwe, często oparte na efektownych grach słów, a przede wszystkim skrzą się humorem.
Latem 1992 r. przechodzący żmudną rehabilitację Adrian poleciał do Nowego Jorku. Niebawem dołączył do niego przyjaciel muzyk Leo Cussons. Doherty postanowił poszukać szczęścia i nagrać płytę. Kontraktu wprawdzie nie udało się podpisać, ale koncertowanie w Nowym Jorku i życie wśród tamtejszej bohemy było bodaj najszczęśliwszym czasem w życiu młodego piłkarza.
W Preston Adrian zarabiał wystarczająco, żeby się utrzymać. Nie potrzebował więcej. Każdą kolejną pracę traktował poważnie, ale do żadnej się nie przywiązywał. Co pewien czas wracał do Strabane, do kochających rodziców i rodzeństwa, a potem znów wyjeżdżał. Czasem decydował przypadek, jak wtedy, gdy przesuwał palcem na mapie i trafił na Preston, innym razem było to starannie zaplanowane. W 2000 r. postanowił spróbować sił w Holandii. Za pośrednictwem agencji dostał pracę w firmie meblarskiej. W weekend wybrał się do Hagi. Rankiem w niedzielę 7 maja wpadł do kanału. Nie umiał pływać. Wyłowiono go, ale nigdy nie wybudził się ze śpiączki. Zmarł 9 czerwca. Dzień później, w dniu jego 27. urodzin, w Brukseli rozpoczęły się mistrzostwa Europy, które rozgrywano w Belgii i Holandii.
Szybko pojawiły się plotki, że z powodu złamanej kariery sięgał po butelkę, ale z raportu policyjnego jasno wynika, że był to nieszczęśliwy wypadek. Jak w Dylanowskim „Like a Rolling Stone" Adrian Doherty snuł się „bez domu i celu". Na pogrzebie jego młodszy brat zagrał inną, stosowniejszą do okoliczności piosenkę Dylana, „Forever Young", która zaczyna się od słów „Oby Bóg zawsze cię błogosławił i strzegł".
Tragiczna historia Doherty'ego nie należy do wyjątków. Grający w juniorach Tottenhamu Hotspur Josh Lyons, po tym, jak klub zwolnił go w wieku 16 lat, wpadł w depresję, z której nigdy nie wyszedł. W wieku 26 lat popełnił samobójstwo. Młodzi piłkarze, szczególnie ci najbardziej utalentowani, którym wróży się wielką karierę, zmagają się z presją nieznaną zwykle ich rówieśnikom i często narażeni są na wielkie rozczarowanie. Kiedy trafiają do wielkich klubów w wieku kilku albo kilkunastu lat, liczą, że podbiją świat. W rzeczywistości jednak są tylko trybikami w wielkiej machinie generującej niewyobrażalne dochody. Wszyscy chcą na nich zarobić – kluby, trenerzy, agenci, nierzadko także sami rodzice. Jak podaje Michael Calvin w książce „No Hunger In Paradise: The Players. The Journey. The Dream" („Nie ma głodu w raju. Piłkarze. Podróż. Marzenie"), jedynie 0,5 proc. tych, którzy w wieku dziewięciu lat są częścią angielskiego systemu szkolenia, wystąpi w drużynie seniorów. Dalej jest nie lepiej: 98 proc. tych, którzy w wieku 16 lat otrzymają stypendium klubowe w jednej z drużyn z pierwszych pięciu poziomów rozgrywkowych, nie robi profesjonalnej kariery. Z 400 zawodników, którzy w wieku 18 lat podpisują profesjonalny kontrakt z drużyną z Premier League, jedynie ośmiu gra na tym samym poziomie rozgrywek w wieku lat 22. Albo ujmując rzecz inaczej: z 1,5 miliona chłopców grających w zorganizowanych strukturach juniorskiej piłki do Premier League trafia tylko 180. Szansa zrobienia prawdziwej kariery to 0,012 proc.
W świecie piłki nigdy nie było takich pieniędzy jak dziś. Chłopcy, którzy nie zagrali poważnego meczu, zarabiają po 10–20 tysięcy funtów tygodniowo. Everton sprowadził właśnie 17-letniego obrońcę Lewisa Gibsona i 18-letniego skrzydłowego Josha Bowlera łącznie za 10 milionów funtów. Nie wiadomo, czy którykolwiek z nich zagra kiedykolwiek w Premier League. Przez cztery lata liga angielska zainwestowała 400 milionów funtów w program szkolenia juniorów. Do 2020 r. zainwestuje kolejnych 400.
Kluby coraz częściej zatrudniają psychologów, dysponują wspaniałymi ośrodkami treningowymi rodem z Disneylandu, stwarzają wprost idealne warunki do rozwoju, ale nadal traktują zawodników jak towar, możliwość zarobku. Obiecują wspaniałe kariery, ściągają setki chłopaków, choć niewielu z nich dostanie szansę gry, i dają im złudzenie uczestnictwa w czymś wielkim. Gdy potrzebne jest ich wsparcie, zamykają im drzwi przed nosem, jak Manchester United Doherty'emu. A przecież nawet najbardziej utalentowany 15-latek nie może być pewien, że wdrapie się na szczyt. Josep Colomer, jeden z trenerów Messiego, mówi, że widział wielu chłopców równie utalentowanych co Argentyńczyk. Oprócz talentu potrzeba bowiem odpowiednich ludzi w najbliższym otoczeniu, umiejętności radzenia sobie z presją, mentalności zwycięzcy, cierpliwości, pracowitości, poświęceń (zwykle rezygnacji z pozapiłkarskiego życia towarzyskiego i wykształcenia) i mnóstwa szczęścia. Nawet to niczego jednak nie gwarantuje.
Dziesięcioletni Nathaniel Clyne usłyszał w Arsenalu, że jest za mały. Dziś gra w Liverpoolu i reprezentacji Anglii. Freddy Adu miał zostać nowym Pele, w wieku 14 lat grał z dorosłymi, strzelał bramki w amerykańskiej Major Soccer League i podpisywał rekordowe kontrakty z Nike. W pewnym momencie chciał go nawet ściągnąć Alex Ferguson. 31 sierpnia Adu, już 28-letni, przyjechał na testy do beniaminka polskiej Ekstraklasy, Sandecji Nowy Sącz, tylko po to, żeby ostatecznie nie dostać nawet szansy zaprezentowania umiejętności. Maciej Korzym gra dziś właśnie w Sandecji, której jest wychowankiem. Nikt nie wróżył mu takiej kariery, jaką przepowiadano Adu, ale jako szesnastolatek przebijał się do pierwszego składu Legii Warszawa, zaliczył testy w Chelsea Londyn i grał w młodzieżowych reprezentacjach Polski. Wielkiej kariery nie zrobił, jednak na tle większości rówieśników osiągnął sukces: żyje z piłki, nie został przemielony i wypluty przez system.
Calvin podaje liczne przykłady patologii: od zwolnienia 16-letniego bramkarza, który od piątego roku życia związany był z klubem, za pośrednictwem strony internetowej (dodatkowo z błędem w nazwisku), przez ojca wydzierającego się na sześciolatka po słabym treningu w Manchesterze United, po szemranych agentów, którzy obiecują 12-latkom i ich rodzinom miliony funtów i znikają, gdy tylko coś się nie układa, skautów Manchesteru City, chcących ściągnąć do klubu trzylatka (!), którego matka wrzuciła filmik na Facebooka, i wreszcie łapówki za przyjęcie do klubu. I na koniec ujawniony w październiku 2016 r. skandal pedofilski z udziałem trenerów pracujących w latach 70., 80. i 90., w ramach którego do 30 czerwca 2017 r. zidentyfikowano 276 podejrzanych, 741 ofiar i 1886 przypadków molestowania. Odrzuceni przez kluby piłkarze nie mają pomysłu na życie ani alternatywy, wpadają w depresję, czasem kończą jako członkowie gangów. „Nie jestem w stanie oglądać dziś piłki – mówi jeden z ojców w książce Calvina – bo za każdym razem, gdy widzę młodego zawodnika, zastanawiam się, ile było ofiar".
Sytuację młodych zawodników bodaj najlepiej podsumowuje Chris Ramsey, który w 1999 r. zdobył z reprezentacją Anglii do lat 20 młodzieżowe mistrzostwo świata i trenował takie gwiazdy jak Steven Gerrard, Ashley Cole czy Jonathan Woodgate: „Pomyślcie o dzieciaku, który trafia do klubu w wieku siedmiu lat i zostaje zwolniony jako 18-latek. Przez wszystkie te lata trenuje cztery razy w tygodniu i gra mecze, które – jak mu powtarzają – mają znaczenie. Spędza cały ten czas na dojazdach, pewnie z nazbyt gorliwym ojcem nad głową. Towarzyszy mu rodzeństwo, a on żyje sezonami, choć nie jest jeszcze piłkarzem. (...) Uwielbiam obserwować chłopców przebijających się do pierwszej drużyny. Kocham to. Nienawidzę tylko tego, co temu towarzyszy. Nie cierpię wszystkich tych oszustów. Interesuje mnie chwila, gdy stoję przy linii, krzycząc na chłopaków i wspierając ich. Bywam dla nich bezwzględny. Bywam ich przyjacielem. Uwielbiam ich, kieruję nimi, jestem dla nich psychologiem. Ale po prostu nie mogę znieść pieniędzy, kłamstw, całej tej okropnej strony gry". Legendarny dyrektor akademii Middlesbrough F.C. Dave Parnaby, który postanowił w wieku 62 lat zakończyć pracę przy szkoleniu juniorów, lapidarnie podsumowuje: „To wspaniały sport, tylko branża do kitu".
źródło: http://www.rp.pl/Plus-Minus/308109924-Jak-nie-zostaje-sie-gwiazda-pilki.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2016.09.22 11:56 ben13022 O czym szumią drzewa? Z wizytą u najsłynniejszego leśniczego Niemiec, autora książki "Sekretne życie drzew".

Drzewa myślą, czują, planują i rozmawiają ze sobą - twierdzi Peter Wohlleben, heretyk leśnictwa, w swoim bestsellerze "Sekretne życie drzew".
To nie jest wariat ani mistyk, książka naszpikowana jest odniesieniami do najnowszych badań naukowych potwierdzających tę tezę. Ale dlaczego nie uczą nas tego w szkole?
Stoję z Wohllebenem w sercu jego lasu w Reńskich Górach Łupkowych. Drzewa dookoła nas trochę szumią, trochę trzeszczą. Jak to drzewa.
Przeczytałem książkę "Sekretne życie drzew", ale nie nauczyłem się z niej języka drzewskiego. Na szczęście mam obok siebie autora, więc mogę go spytać: to o czym one teraz gadają?
Wohlleben zarówno w swojej książce, jak i w rozmowie ze mną opisuje drzewa tak, jakby miały osobowość. Pytam go, czy naprawdę tak uważa.
Wohlleben wskazuje mi dwa drzewa rosnące dość blisko siebie. Nawet taki laik jak ja na pierwszy rzut oka widzi różnicę.
Jedno ma długi, gładki pień, którego nie zakłócają żadne gałęzie aż do samej korony. Drugie też ma, owszem, piękną koronę, ale także kilka pięter pomniejszych gałęzi. Pierwsze zaczynają się tak nisko, że można je złapać.
Argumenty Wohllebena brzmią dla mnie przekonująco. Jestem raczej odporny na zatrącające mistycyzmem opowieści radykalnych ekologów o tym, jak ktoś rozmawia z kwiatkami i pszczółkami, ale Wohlleben w ogóle nie jest kimś takim. Z jego książki wynika jednak, że nauka więcej wie o tym, co się dzieje na Marsie, niż o tym, co się dzieje w najzwyczajniejszym europejskim lesie. Dlaczego tak jest?
Oczywiście przypomina mi się od razu polski spór o Puszczę Białowieską, którą leśnicy też chcą chronić przez wycięcie, bo podobno za dużo jest martwych drzew. Wohlleben słyszał ten argument wielokrotnie, więc prowadzi mnie do jednego z martwych drzew w jego lesie.
Kiedyś był to imponujący, strzelisty buk. Teraz jest to po prostu wysoki drewniany słup - zwieńczony mchem i obrośnięty po boku hubami.
Wohlleben prowadzi zajęcia ze studentami i to się daje szybko zauważyć w naszej rozmowie. Nie mam nic przeciwko, dziennikarze uwielbiają wykładowców - bo po prostu z racji wykonywanego zawodu są kopalnią ciekawostek.
Zdumiony patrzę pod nogi. Istotnie, stoję na czymś omszałym, co w pierwszej kolejności wziąłem za kamień. Po chwili zauważam, że tych kamieni jest więcej i że tworzą one coś jak kamienny krąg.
Wohlleben w odpowiedzi podchodzi do czegoś, co na pierwszy rzut oka uznałbym za byle krzak. Ma najwyżej metr wysokości.
Leśniczy ostrożnie bierze w palce jedną z rachitycznych gałązek. Jest długości najwyżej jego dłoni, rosną na niej może ze trzy liście na krzyż. Wohlleben pokazuje mi maleńkie, najwyżej milimetrowe zgrubienia na gałązce.
Sieć to jest coś, na czym się jako tako znam, więc podchwytuję ten temat.
Pozostaje mi najważniejsze pytanie: czy społeczeństwo stać na zaprzestanie wycinania lasu? Ile do tego trzeba by dopłacić?
Myślałem, że mój materializm rozgniewa Wohllebena, ale wygląda, jakby ucieszył się z tego pytania.
Wohlleben wyciąga z kieszeni iPhone'a. Stuka coś na kalkulatorze i triumfalnie pokazuje mi ekran - widnieje na nim 300 tysięcy euro z hakiem.
Na krótką metę wydaje się, że rezygnacja z ciężkiego sprzętu jest niekorzystna ekonomicznie, bo wywożenie drzew siłą koni pociągowych, jak my to robimy, wypada trochę drożej. Ale na większą skalę to też jest tańsze, bo ciężki sprzęt powoduje zniszczenia. Wzgórze, na którym teraz stoimy, przechowuje jakieś 25 metrów sześciennych wody. Jest wrzesień, a to jest woda jeszcze z poprzedniej zimy. Jeśli przejedzie tędy ciężki sprzęt, większość tej wody spłynie i gleba wyschnie. Powstaną straty, których las nie odrobi...
Właśnie, co to w ogóle jest? Po raz pierwszy natknąłem się na to pojęcie w książce Wohllebena. Bardzo mi się to spodobało.
Pytam jeszcze o popularny pogląd, że tradycyjna gospodarka leśna jest neutralna dla klimatu, bo CO2 produkowane ze spalania drewna to jednocześnie CO2, które przedtem drzewa wyłapały z powietrza.
Wajrak: W puszczy widać umieranie i potęgę odżywania. I tak powinno być
Wszystko to, o czym mówi mi Wohlleben, brzmi tak znajomo, że nie mogę się powstrzymać przed pokusą zapytania go o komentarz do polskich sporów o ochronę Puszczy Białowieskiej przed kornikiem za pomocą wycinania jej.
Wohlleben śledzi tę sprawę (bardzo zabawnie wymawia słowo "Białowieża"), ale nie chce jej komentować, bo każda demokracja musi sama sobie radzić ze swoimi problemami.
Stara szkoła powstała, kiedy ludzie cierpieli z głodu i chłodu. To naturalne, że nie martwili się o przyrodę. My jesteśmy pierwszym pokoleniem w Europie, które ma ten luksus, że może myśleć o klimacie. To jest nasz historyczny obowiązek. Dziwne tylko, że ludzie tak powoli to sobie uświadamiają.
Mnie to nie dziwi. Odpowiadam, że to klasyczny przykład tyranii status quo. Jeśli coś działa, to nawet jeśli działa źle, ludzie przynajmniej wiedzą, jak to działa, więc stawiają opór zmianie, bo zmiana wymaga uczenia się nowych rzeczy. A kto ma na to ochotę?
Wohlleben spogląda na mnie, jakbym właśnie powiedział najdziwniejszą rzecz na świecie. Odpowiada z pewnością w głosie: - Na przykład ja!
CV Peter Wohlleben, ur. w 1964 r., najsłynniejszy niemiecki leśniczy z gminy Hümmel w Eifel. Przez ponad 20 lat pracował w zarządzie lasów państwowych w Niemczech. Zrezygnował z posady, by realizować swoją wizję ochrony przyrody. Opiekuje się lasami w Reńskich Górach Łupkowych
Autor tekstu: Wojciech Orliński
Źródło: http://wyborcza.pl/duzyformat/1,127290,20724436,o-czym-szumia-drzewa-orlinski-pyta-o-tajne-uklady-w-lesie.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2016.05.29 12:51 SoleWanderer Wszyscy jesteśmy z Radomia

Wszyscy jesteśmy z Radomia. Dlaczego drugie pod względem wielkości miasto na Mazowszu stało się stolicą obciachu? Mateusz Witkowski Podziel się 785 Tweetnij
Symbol "cebulactwa" i polskiego zacofania. A przy okazji: ponaddwustutysięczny ośrodek, który ma szansę stać się stolicą województwa. Radom już dawno jest w opinii Polaków drugim Wąchockiem, miastem jak z dowcipu. Czy zasłużenie? Najspokojniejsze lotnisko świata
Zacznijmy od przedmieść, a dokładniej: od znajdującego się na południowy wschód od centrum portu lotniczego. Radom pozazdrościł największym miastom w Polsce i od 2014 roku może się poszczycić własnym lotniskiem. No, może „poszczycić” to nie do końca odpowiednie sformułowanie.
Tutejszy port z miejsca stał się wdzięcznym tematem żartów. No bo jak to brzmi: „Lotnisko w Radomiu”? Kto w ogóle chciałby tam latać? Zresztą fakty nie kłamią. Ów przybytek jest bodaj najbardziej opustoszałym miejscem tego typu w całym kraju. Pomysł zbudowania portu lotniczego w Rzeszowie, owszem, wydawał się kuriozalny. Wystarczy jednak rzucić okiem na statystyki, żeby zorientować się, że władze stolicy Podkarpacia miały rację. Stopniowo zwiększająca się liczba pasażerów oraz miejsc, do których można stamtąd polecieć, mówią same za siebie. Dla porównania: w zeszłym roku w Rzeszowie obsłużono 645 tysięcy podróżnych. W Radomiu: 500.
Wjeżdżamy na parking, po którym z mozołem przemieszcza się elka. To świetne miejsce dla niedoświadczonych kierowców. Ruch samochodowy bowiem niemalże tu nie istnieje. Kilka aut (należących prawdopodobnie do pracowników lotniska) i my. Na horyzoncie świeża trawa i ani pół samolotu. Trzeba mieć spore szczęście, żeby na nie trafić. Lotnisko w najlepszym wypadku obsługuje zaledwie kilka kursów dziennie. Z Radomia można dostać się do Wrocławia, Gdańska, Pragi i Berlina. Bywają dni, w których startuje stąd jeden samolot (w soboty natomiast ruch kompletnie ustaje).
Jak widać, ktoś już tu był przed nami (fot. Damian Dziura) Jak widać, ktoś już tu był przed nami (fot. Damian Dziura) Wewnątrz świeżo, higienicznie i rzecz jasna pusto. W hali lotniska znajduje się jeden kiosk i jedna kawiarenka. Obsługa portu wygląda jak wyrwana z zimowego snu. Widok ludzi wyraźnie wprawia ich w skonfundowanie. Mam ochotę podejść i zapytać, czy zawsze jest tu tak spokojnie, ale nie chcę wyjść na złośliwca, który przerywa odpoczynek.
Ruszamy w stronę miasta, przejeżdżając obok „majestatycznych” pastelowych bloków. Mijamy jeszcze samochód należący do ochrony lotniska - prawdopodobnie najmniej zapracowanych ludzi w całym Radomiu. A więc ta beka nie wzięła się znikąd - myślę.
Na lotnisku w Radomiu można odnaleźć spokój (fot. Damian Dziura) Na lotnisku w Radomiu można odnaleźć spokój (fot. Damian Dziura) Specyficzny stan umysłu
Parkujemy w okolicach rynku. Przynajmniej tak wynika z mapy. Po lewej stronie posępny zakład pogrzebowy Exodus, po prawej natomiast pełniący te same usługi Hades. Mało zachęcające powitanie. Nie ma się jednak co zrażać. W końcu historyczne centra, choćby i nawet wchodziły w skład miast całkowicie paskudnych, niemal zawsze mają w sobie sporo uroku.
Przemykamy obok okupowanego przez lokalsów pubu U Jana i już jesteśmy w rynku. Nie wskazuje na to jednak nic poza tabliczką z nazwą ulicy i Google Maps. To zupełnie zaniedbany plac z rozsypującymi się kamieniczkami, niepamiętającymi już nawet czasów swojej młodości. Choć niemal w całości wyłożony jest kostką brukową, w niektórych miejscach jakby jej zabrakło, przez co rynek straszy wypełnionymi piaskiem szczerbami.
Po lewej Exodus, po prawej Hades (fot. Damian Dziura) Po lewej Exodus, po prawej Hades (fot. Damian Dziura) W centralnym punkcie: pomnik Czynu Legionów. Gdzieś w tle dzieciaki grają w tzw. siatkonogę. Nieliczne ławeczki są zajęte przez starsze osoby oraz mocno wprawionych już w rozrywkowy nastrój tutejszych.
Na jednej z pierzei rynku - nijak nieprzystające do całości obrazka Muzeum im. Jacka Malczewskiego. Na przeciwległej ścianie: neorenesansowy ratusz. Stężenie alkoholu w powietrzu - około 38 procent i na oko ani jednego turysty.
Blisko nas parkuje biały opel astra. Wewnątrz pan w tzw. sportowej odzieży, obok jego oblubienica. Pan odbiera telefon od swojej mordeczki, po czym rusza z piskiem ku sprawom ważniejszym niż niedzielny relaks.
Tu mieści się pub u Jana (fot. Damian Dziura) Tu mieści się pub U Jana (fot. Damian Dziura) Nie wiemy, jakim stanem umysłu jest Radom, jest to jednak stan, ujmijmy to delikatnie, specyficzny.
Nadbałtycki kurort bez morza
Ruszamy dalej, osłupieni marazmem radomskiego rynku. Zresztą nie ma się co czepiać. Jak przystało na miasto będące „stanem umysłu”, kwestia historycznego centrum jest tu nieco bardziej skomplikowana. Owszem, to tu znajdowało się kiedyś tzw. Stare Miasto, centrum zostało jednak przesunięte nieco na wschód. Dlatego też rynek i okolice, pełne mieszkań komunalnych, w których - jak dowiedziałem się od mieszkańców - rezydują w dużej mierze dość krewcy i niebezpieczni obywatele, zostały przez władze kompletnie zaniedbane i straszą przyjezdnych.
Ruszamy w stronę ulicy Żeromskiego, głównego deptaka w mieście, pełniącego funkcję prawdziwego starego centrum. Ulica Rwańska, przez którą przechodzimy, ma w sobie mniej więcej tyle uroku co rynek. O ironio, znajduje się tu jedna z dwóch placówek Centrum Informacji Turystycznej. Przypomina mi się grafika, na którą trafiłem wcześniej na Facebooku. Całkiem słusznie: choć jest niedzielne wczesne popołudnie, punkt jest zamknięty.
(źródło: Memy.pl) (źródło: Memy.pl) Smutek i stagnacja, której przed chwilą doświadczyliśmy, każą sądzić, że Radom jest miastem zbudowanym jakby na Księżycu. Za chwilę sytuacja jednak się odmienia. Przechodzimy obok pomnika Lecha i Marii Kaczyńskich, którego formy, przez szacunek dla zmarłych, nie będę komentował. Jesteśmy już na Żeromskiego. Akurat trwa Festiwal Sztuki Ulicznej. Bębniarze, tancerze, iluzjoniści, kataryniarz z siedzącą na ramieniu arą.
Atmosfera fiesty i wypoczynku. Dzieciaki wymachują radośnie wypełnionymi helem balonikami z wizerunkiem Minionków, wiruje różowa wata cukrowa, w powietrzu czuć słodki zapach ciasta na gofry. Trudno się przecisnąć, tym bardziej że każdy krok grozi zderzeniem z gokartami, które można wypożyczyć nieopodal.
Smutek i stagnacja, której przed chwilą doświadczyliśmy, każą sądzić, że Radom jest miastem zbudowanym jakby na Księżycu (fot. Damian Dziura) Smutek i stagnacja, której przed chwilą doświadczyliśmy, każą sądzić, że Radom jest miastem zbudowanym jakby na Księżycu (fot. Damian Dziura) Atmosfera zmienia się diametralnie, jakbyśmy przeszli na Rwańskiej przez drzwi do innego wymiaru. Ulica Żeromskiego przypomina nadbałtycki kurort, wciśnięty pomiędzy szpaler całkiem urodziwych dziewiętnastowiecznych kamieniczek. A więc zależnie od preferencji - pełna błogość lub kompletny koszmar. Niezależnie od osądów: ktoś tutaj mieszka.
Wszystko przez „Chytrą Babę”?
Choć warunki do rozmowy nie są najlepsze (za naszymi plecami koncert daje właśnie grupa bębniarzy), staram się zasięgnąć informacji u mieszkańców. Dyskretnie, z odpowiednią dozą delikatności. W końcu nikt nie lubi pytań w rodzaju: „Ej, czemu z was się tak wszyscy śmieją?”
Zaczynam od dwóch nastolatków, którzy przystanęli tu na chwilę, by obserwować uliczne zamieszanie. Są uprzejmi, choć wyraźnie niezadowoleni. Najwyraźniej przerabiali to już wiele razy. Zaczyna wyższy z nich: - No tak, w kółko coś się o nas mówi. Kiedyś więcej się wspominało o Sosnowcu, Wałbrzychu. Teraz tylko: Radom, Radom, Radom. W sumie to trochę przykre, bo miasto nie jest najgorsze. To ważne: w końcu licealiści prezentują zwykle postawę w rodzaju: „Tylko zrobię maturę i wyjeżdżam z tej dziury”.
Drzwi radomskich budynków prawdopodobnie nie staną się, jak w przypadku Dublina, bohaterami pocztówek (fot. Damian Dziura) Drzwi radomskich budynków prawdopodobnie nie staną się, jak w przypadku Dublina, bohaterami pocztówek (fot. Damian Dziura) Drugi z nich, wyżelowany chłopak w adidasach, dodaje: - Też nie wiem w sumie, skąd się to wzięło. Miasto jak miasto, nie jest jakieś najmniejsze lub najbrzydsze. Pierwszy doznaje jednak olśnienia: - Boże, wiem, kiedy to się tak naprawdę zaczęło. Chodzi o „Chytrą Babę z Radomia”. Wcześniej właściwie nikt o nas nie wspominał, ale od tego czasu... masakra.
Niezorientowanym w kwestiach internetowych mód i wszelkiej maści memów należy się wyjaśnienie. W 2012 roku w Radomiu zorganizowano miejską wigilię. Uczestnicy mieli do dyspozycji poczęstunek i napoje. Jedna z pań obecnych przy wigilijnym stole poczekała na swoją kolej i zabrała ze sobą aż trzy butelki napoju, prawdopodobnie wbrew oczekiwaniom organizatorów. Zdarzenie Pobierz z Rapideo.pl zarejestrowały kamery. - Słyszałem, że ona to brała dla jakichś krewnych czy coś. W sumie możliwe - stwierdził jeden z chłopaków. Internet, jak to zwykle bywa, okazał się jednak bezlitosny. Zdarzenie zaowocowało serią grafik i przeróbek, a do Radomia, być może już na dobre, przylgnęła etykieta stolicy „cebulactwa”.
Pomnik Sashy Grey
Radom, jako znak tego, co podłe i gorsze, zyskał sobie w internecie sporą popularność. Uwagę przykuwa facebookowy fanpage „Polska Radomiem Europy”. Przed wyjazdem na Mazowsze wysłałem właścicielowi strony prywatną wiadomość. Chciałem dowiedzieć się, co to tak naprawdę znaczy „Radom Europy” i jakie skojarzenia spowodowały, że fanpage ma taką, a nie inną nazwę.
Jak się dowiedziałem: Tego hasła oczywiście nie można traktować do końca poważnie, jednak w świadomości wielu ludzi Radom funkcjonuje jako miasto, w którym żyje duża liczba dresiarzy, kiboli, chuliganów. Sam, będąc tam kilkakrotnie, napotykałem na dość dziwaczne sytuacje z nimi związane. Również moi znajomi pochodzący z Radomia nigdy nie zaprzeczali, że panowie w sportowych ubraniach i białych czapeczkach stanowią znaczący element krajobrazu tego miasta.
Na fanpage'u można znaleźć rozmaite żarty z szeroko pojętej Polski B. Zamieszczone zdjęcia i grafiki nie pochodzą rzecz jasna tylko i wyłącznie z drugiego pod względem wielkości miasta w województwie mazowieckim. - Absurdalne rzeczy dzieją się praktycznie w każdej części naszego kraju, tym samym podważając sens traktowania stereotypów w całkowicie poważny sposób - mówi admin strony. Przeniesienie ciężaru z gruntu lokalnego na ogólnokrajowy zapala pewną lampkę.
Mieszkańcy Radomia wszystko mają pod ręką (fot. Damian Dziura) Mieszkańcy Radomia wszystko mają pod ręką (fot. Damian Dziura) O tym jednak później. W międzyczasie przychodzi mi na myśl inicjatywa, o której głośno było kilka lat temu. Mowa o zamiarze wybudowania w Radomiu pomnika Sashy Grey, znanej gwiazdy porno. O absurdalnym pomyśle pisano między innymi w polskiej edycji „Playboya”. Idea znalazła prawie osiemnaście tysięcy zwolenników.
Choć spodziewałem się, że adminem fanpage'a Komitet budowy pomnika Sashy Grey w Radomiu jest osoba, która posłużyła się nazwą miasta dla żartu, okazuje się, że mam do czynienia z rodowitym radomianinem. Gdy pytam o stereotypy związane z jego miejscem pochodzenia, odpowiada: - Każde miasto ma jakąś chytrą babę. Sam Radom natomiast to miejsce jak każde inne. Dodaje jednak, że sporo winy za dość kiepski PR miasta ponoszą sami mieszkańcy: - Gdy radomianie mają gości, to omijają miejsca, które powinni im pokazać, szerokim łukiem. Wiesz gdzie ich zabierają? Na zapiekanki na ulicę Moniuszki, gdzie „sprzedaje” się historie o tym, jakie to klasyczne miejsce z trzydziestoletnią tradycją.
„Jak Warszawa się śmieje, to wszyscy podłapują”
Rezygnujemy jednak z zapiekanek i wybieramy jedną z pobliskich spaghetterii. To, co nam serwują, okazuje się jednak dość fantazyjną interpretacją kuchni włoskiej. Całość nurza się w zawiesistym sosie, w skład którego wchodzi zielony groszek. Na ladzie stoją rzędem słoiczki z podziurawionymi wieczkami. To pojemniki na przyprawy. Najprawdopodobniej miały sprawić, że poczujemy się tu nieco bardziej swojsko. Nic z tego. Opuszczamy lokal z niepokojem w żołądkach.
Słynny w mieście neon zamkniętego już dawno temu sklepu Słynny w mieście neon zamkniętego już dawno temu sklepu "Kasia" (fot. Damian Dziura) Choć w okolicy znajduje się kilka godnych uwagi zabytków w rodzaju klasztoru Bernardynów, postanawiamy pozwiedzać miasto trochę na opak. Konsultuję się z pochodzącą stąd znajomą w sprawie miejsc, które niekoniecznie pasują do stereotypu Radomia.
Nie należy do nich na pewno zalew na Borkach, gdzie w sezonie można kontemplować rumiane piwne brzuszki tutejszych mieszkańców. Ani tereny byłej Fabryki Broni „Łucznik”, które - choć stanowią swego rodzaju miasto w mieście - raczej świadczą o tym, że Radom nie radzi sobie ze swoim postindustrialnym statusem (znajdują się tu między innymi dość szemrane kluby taneczne).
W końcu jest! Prawdziwa perełka. Dawny budynek miejskiej elektrowni został przekształcony w siedzibę Mazowieckiego Centrum Sztuki Współczesnej. To bardzo dobry przykład tego, w jaki sposób rewitalizować pozornie bezużyteczne już budynki (więcej na ten temat pisał w Weekendzie Filip Springer).
Zagaduję pana w średnim wieku, który prowadzi rower wzdłuż ulicy. O co chodzi z tym stereotypem? - A to ta warszawka cała. Śmieją się z nas od zawsze, jak z takich ubogich krewnych - mówi. - A jak Warszawa się śmieje, to wszyscy to podłapują - co zrobić, stolica. SMS do znajomej: Najbardziej warszawskie miejsce w Radomiu? Odpowiedź przychodzi niebawem: Kawiarnia Czytelnia Kawy.
Warchoły i czarne owce
Kawiarnia jest ukryta we wnęce przy ulicy Curie-Skłodowskiej. Teoretycznie wszystko się zgadza: modny wystrój, masa książek, przemiła obsługa. I ani żywej duszy - oczywiście poza barmanką i kilkorgiem jej znajomych. Gdy podpytuję o popularność lokalu, dowiaduję się, że zostanie on niebawem zamknięty. To i tak cud, że utrzymał się w tym otoczeniu aż siedem lat.
Ulica Rwańska prowadzi do Ulica Rwańska prowadzi do "lepszego" Radomia (fot. Damian Dziura) Jak twierdzi Ziemowit Szczerek, pisarz i dziennikarz, zdobywca Paszportu „Polityki”, który wychował się w mieście numer dwa na Mazowszu: - Gęba Radomia jako kogoś gorszego pochodzi jeszcze z okresu międzywojnia. Wówczas powstała droga, która łączyła miasto ze stolicą. Złota warszawska młodzież mogła testować na trasie swoje nowe maszyny, gdyż była to w tamtym czasie właściwie jedyna w okolicy szosa z prawdziwego zdarzenia. Do Radomia jeździło się więc pobawić.
Damian Maciąg ze stowarzyszenia „Kocham Radom” zwraca uwagę na nieco inne przyczyny. Jego zdaniem dzisiejszy wizerunek Radomia to wynik reakcji władz komunistycznych na wydarzenia Czerwca 1976: - Sam Gierek to zapowiedział: „Powiedz tym swoim radomianom, że ja mam ich wszystkich w dupie i te wszystkie działania też mam w dupie. Zrobiliście taką rozróbę i chcecie, by to łagodnie potraktować? To warchoły, ja im tego nie zapomnę”. „To musi być atmosfera pokazywania na nich jak na czarne owce, jak na ludzi, którzy powinni się wstydzić, że w ogóle są Polakami”. Odwet władz komunistycznych polegał nie tylko na szeptanej propagandzie, że Radom to warcholstwo i grajdoł, ale też na realnym wstrzymaniu inwestycji.
Nie ulega wątpliwości, że mamy tu również do czynienia z klasyczną animozją „centrum a prowincja”. Mieszkańcy stolicy śmieją się z radomian (zagadnięty przeze mnie znajomy warszawiak odpowiada: No weź posłuchaj, jak niektórzy z nich mówią...), ci natomiast patrzą z zawiścią na wygodnych warszawiaków.
„Łatwo śmiać się z Radomia”
Mieszkańcy Radomia niespecjalnie dbają zresztą o swój wizerunek. Dziewczyna rozdająca ulotki na Żeromskiego mówi mi: - Masa moich znajomych wyprowadziła się do Wawy. Z tego, co widzę, to zamiast w jakiś sposób bronić swojego miasta, dołączają do ogólnej beki, razem z warszawiakami. Odcinają się zupełnie, mówią: „Dobrze, że już nie mieszkam na tym zadupiu”, jakby chcieli się wkupić w czyjeś łaski. Przecież w Warszawie prawie nikt nie jest z Warszawy i gdyby się chciało tropić „słoików”, to byłoby w czym wybierać. Po prostu śmiać się z Radomia jest łatwo, bo wszyscy od razu to rozumieją.
Już wiemy, skąd bierze się spora część tutejszych szyldów (fot. Damian Dziura) Już wiemy, skąd bierze się spora część tutejszych szyldów (fot. Damian Dziura) Zgadza się z tym admin wspomnianego „Komitetu budowy pomnika Sashy Grey”: - Zauważ, że sami radomianie, zamiast robić wszystko, żeby promować miasto jako fajne miejsce, robią profile z tzw. beką.
Reprodukowanie takiego, a nie innego stereotypu może mieć duży wpływ na odbiór Radomia, nawet w przypadku osób, które mają z miastem sporo wspólnego. - Byłem tam jakieś dwa tygodnie temu, kręciłem się samochodem po mieście i okolicach. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać: to naprawdę wygląda tak źle, czy może jestem już uprzedzony? - mówi Ziemowit Szczerek.
Miasto jak każde inne?
Muszę się do czegoś przyznać. Od początku droczę się z Tobą, Drogi Czytelniku. Celowo oglądam otoczenie przez „bekowy” filtr. Wyśmiewane przeze mnie na początku Stare Miasto nie jest przecież Starym Miastem z prawdziwego zdarzenia. Radom może poszczycić się unikatowym układem przestrzennym - wystarczy rzut oka na mapę, aby prześledzić, jak miasto ewoluowało od średniowiecznego grodu do dzisiejszego kształtu.
Mogę rzecz jasna opisać widok wyjeżdżającego z ulicy Wałowej autobusu, który miał otwartą klapę od silnika, podtrzymywaną przy pomocy plastikowej butelki. Pominę wówczas jednak, że po mieście kursują wte i we wte eleganckie Solarisy Urbino.
Mogę też wspomnieć o okalających centrum bloczyskach (o którym z większych miast nie da się powiedzieć tego samego?) i przemilczeć, że sporo tu terenów zielonych, w rodzaju Parku Gołębiów, które pozwoliły nam ukryć się na chwilę przed wiosenno-letnim upałem. Zamiast rozpisywać się nad dziwną odmianą kuchni fusion, jaką napotkaliśmy we wspomnianej spaghetterii, mógłbym napomknąć o licznych kawiarniach i cukierniach znajdujących się w okolicach głównego deptaka.
Dworzec PKS jest, owszem, raczej brudny i obskurny, ale czy ten stan rzeczy można uważać w skali krajowej za ewenement? A może lepiej skupić się na znajdującym się obok gmachu dworca kolejowego z 1885 roku, przebudowanym w międzywojniu na modłę renesansu polskiego, uważanego wówczas za polski styl narodowy?
Zarówno budynek PKS-u, jak i pojawiające się tu pojazdy, pamiętają czasy PRL-u (fot. Damian Dziura) Zarówno budynek PKS-u, jak i pojawiające się tu pojazdy, pamiętają czasy PRL-u (fot. Damian Dziura) A skoro w Radomiu nie ma nic do oglądania, jak mówi mi para w średnim wieku, spotkana w okolicach dworca, to dlaczego pracownik Centrum Informacji Turystycznej, z którym rozmawiam telefonicznie po powrocie, wymienia na jednym oddechu atrakcje miasta. Największy zbiór prac Jacka Malczewskiego w Polsce, wspomniane wcześniej Mazowieckie Centrum Sztuki Współczesnej, unikatowy skansen w postaci Muzeum Wsi Radomskiej. Do tego funkcjonujący od 40 lat Teatr Powszechny. A więc to chyba nie jest aż taka dziura, jak byśmy tego chcieli?
Bezrobocie i brak tożsamości
Nie popadajmy jednak w skrajności. Radom ma swoje, dość poważne, problemy. Należy do nich choćby wysokie bezrobocie. Wedle danych Mazowieckiego Obserwatorium Rynku Pracy pod koniec marca wynosiło ono w przypadku miasta ok. 15-20 proc. (w powiecie radomskim aż 20-25 proc.). Bliskość Warszawy (blisko godzina jazdy samochodem) sprawia, że coraz trudniej zatrzymać w mieście młodych.
PODPIS (fot. Damian Dziura) Kino "Atlantic" zostało zamknięte dekadę temu (fot. Damian Dziura) Problemem może być również historia miasta. Radom znajduje się w historycznej Małopolsce, dziś należy z kolei do Mazowsza. Bliżej mu natomiast do ziemi sandomierskiej, o czym świadczy swoisty „kult Jana Kochanowskiego”, o którym mówi mi pracownik Centrum Informacji Turystycznej. - Ta mieszanka sprawia, że trudno mówić w wypadku Radomia o wytworzeniu się jakiejś historycznie zakorzenionej, regionalnej tożsamości - twierdzi Szczerek.
Dodajmy do tego kłopotliwe położenie. Na północy stolica, z którą z jasnych przyczyn ciężko się równać i która „zasysa” pieniądze przeznaczone dla całego regionu (ostatnimi czasy znów głośno było o oddzieleniu Warszawy od województwa mazowieckiego - rolę wojewódzkiej siedziby przejąłby właśnie Radom). Na południu, w podobnej odległości, rozwijające się w dość dynamiczny sposób Kielce.
Lektura forów, na których porusza się temat miasta, daje do myślenia. Przyczyną niezadowolenia z miejsca własnego pochodzenia mogą być aspiracje niedopasowane do możliwości. Choć Warszawa pozostaje poza zasięgiem, radomianie, ku własnej frustracji, sięgają po porównania z Wrocławiem czy Krakowem, miastami zdecydowanie większymi, będącymi stolicami własnych regionów. Przeglądając dotyczące Radomia memy i grafiki, natrafiam na zdjęcie ruin znajdujących się w Parku im. Tadeusza Kościuszki. Napis głosi: Radom - jakie miasto, taki zamek. Teraz nie musimy już jeździć do Krakowa. W porządku, Wawel to nie jest. Tylko co z tego?
(źródło: Demotywatory.pl) (źródło: Demotywatory.pl) Z samych siebie się śmiejemy
W tym rzecz. To drugie miasto w województwie nie jest żadnym tam ewenementem. Rynek pracy i przestrzeń miejska cierpią tu na te same bolączki, co inne większe polskie ośrodki. Radom to po prostu skumulowana przeciętność: ani olśniewający, ani odpychający, ani zaniedbany, ani dopracowany w każdym szczególe. Wszechobecna szyldoza, bloki wokół centrum, sporo „dresów”, nieszczególnie gustowne elewacje - czy nie jest to coś, co możemy powiedzieć o dowolnym mieście w kraju?
Ktoś jednak musi pełnić rolę kozła ofiarnego. Patrząc na Radom, patrzymy tak naprawdę na naszą przeciętność, którą chcemy wyprzeć i wyśmiać. Zrzucamy tym samym jarzmo „cebulactwa”, a przynajmniej tak nam się wydaje. W rzeczywistości bowiem chodzi tylko i wyłącznie o kompleksy umoszczone w głowie już na dobre. Śmiejąc się z mazowieckiego miasta, pamiętajmy, że - jak u Gogola - z samych siebie się śmiejemy.
Przykład radomskiej Przykład radomskiej "szyldozy", charakterystycznej niestety dla całego kraju (fot. Damian Dziura) A żeby sięgnąć po nieco nowszą literaturę, przytoczę fragment „Siódemki”, powieści Ziemowita Szczerka, której akcja ma miejsce na trasie numer 7, łączącej Warszawę, Radom, Kielce i Kraków. W pewnym momencie w mieście, będącym bohaterem tego tekstu, dochodzi do bombardowania. Główny bohater słucha medialnych komunikatów: (...) mijałeś fabrykę napojów Zbyszko Trzy Cytryny, salony samochodowe, domy weselne, włączyłeś radio i słuchałeś, jak wszyscy, w Warszawie, w Krakowie, w Gdańsku, deklarują, że cała Polska jest Radomiem. „Kochani - rechotałeś - cała Polska od zawsze jest Radomiem”.
PS „Chytra Baba” wcale nie zabrała z wigilijnego stołu aż trzech butelek napoju tylko dla siebie. Jedną z nich podała przechodzącej obok osobie. Druga natomiast mogła być śmiało przeznaczona dla kogoś bliskiego, kto nie mógł tego dnia pojawić się na wigilii osobiście. Już mniej śmiesznie, prawda?
Mateusz Witkowski (ur. 1989). Redaktor naczelny i współzałożyciel portalu Popmoderna.pl. Absolwent krytyki literackiej na Wydziale Polonistyki UJ, obecnie doktorant na tym samym wydziale. Interesuje się związkami między literaturą a popkulturą, brytyjską muzyką lat 80. i 90. oraz włoskim futbolem. Zdecydowanie sprzeciwia się dzieleniu kultury na „wysoką” i „niską”. Publikował m.in. w „Dwutygodniku”, „Xięgarni”, „Czasie Kultury”, „Opcjach”, stale współpracuje z Gazeta.pl i Wirtualną Polską.
http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,150913,20133176,wszyscy-jestesmy-z-radomia-dlaczego-drugie-pod-wzgledem-wielkosci.html#TRwknd
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


Verba - Kocham, Kocham..! KOCHAM CIE :* Justynka :* Kocham cie aniołeczku mój ukochany prosze cie daj mi szanse... kocham cię Polsko teledysk RH+ Kocham Cię (po prostu miłość) 21 Bridges recenzja kartky - koszmar minionego lata (prod. Favst) - YouTube Kochanie Daj Mi szanse Zostań! :(

DOSTAŁEM SZANSĘ... KOCHAM I BARDZO KOCHAJĄ MNIE Event

  1. Verba - Kocham, Kocham..!
  2. KOCHAM CIE :* Justynka :*
  3. Kocham cie aniołeczku mój ukochany
  4. prosze cie daj mi szanse...
  5. kocham cię Polsko teledysk
  6. RH+ Kocham Cię (po prostu miłość)
  7. 21 Bridges recenzja
  8. kartky - koszmar minionego lata (prod. Favst) - YouTube
  9. Kochanie Daj Mi szanse Zostań! :(

Pamiętasz Szansę na Sukces? Które gwiazdy zaczynały w programie? - Duration: 14:03. ... Kocham Cię, Polsko! TVP 247,279 views. 5:42. KAZIK - Twój ból jest lepszy niż mój ... Kocham, kocham Ciebie! Tylko w nas wierzę, to dla Ciebie pragnę żyć. Kocham, kocham Ciebie! ... I gdybym dostał szansę życia wiecznego, bez Ciebie nie ma opcji, nie wykorzystam tego. Przepraszam Kochanie za wszystkie Krzywdy jakie Ci wyrządziłem:( Kocham Cię najbardziej Na Świecie Daj nam szanse proszę Cię Kochanie; KOCHAM CIE:* Justynka :* The Voice of Poland VI - Katarzyna Malenda - „Kocham cię, kochanie moje' - Przesłuchania w ciemno - Duration: 6:30. The Voice of Poland 2,905,495 views Aniołeczku mój ukochany proszę aniołeczku cie nie od chuć o demnie proszę cię wybacz mi aniołku mój ukochany daj mi jeszcze jedną szansę a obiecuję że nie zr... Jesteś Skarbie Wszystkim Co Mnie W Życiu Spotkało! ;-( Tak Bardzo Mi Na Tobie Zależy;( Proszę Cię Daj Mi Szanse ;-( Tak Bardzo Cię Potrzebuję! ;-( KOCHAM CIĘ... Kocham Cię skarbie na zawsze daj mi szansę... Zuzia :) Jesteś moim życiem. ... Chłopcy z Placu Broni - Kocham Cię (Official Video) - Duration: 4:56. MJM Music PL 2,950,031 views. Zamów preorder albumu 'dom na skraju niczego' w wersji deluxe: https://queshop.pl/dom-na-skraju-niczego-deluxe Z dumą prezentujemy teledysk do utworu 'koszma... Kocham Kino. 21 Bridges recenzja. Zhańbiony detektyw z NYPD otrzymuje szansę na odkupienie. Ubrania MARVEL: http://bit.ly/KochamKinoMerch kod 'games' da ci k...